Wejście na stację było, prawie dosłownie, dziurą w murze. Wiele lat temu zastąpiono je bardziej luksusowym, znajdującym się kilka przecznic dalej.
Oddział 32-E zajął stanowiska, rozpoznanie ustawiało mikrofony i kamery na podczerwień, a pozostali funkcjonariusze przystąpili do wyłączenia ulicy z ruchu i usuwania bezdomnych, którzy siedzieli na krawężnikach i w drzwiach budynków.
Dowódca kazał Sachs odsunąć się od wejścia na stację – zejść z linii ognia. Przydzielili jej upokarzające zadanie pilnowania wyjścia z metra, od lat zamkniętego aa kłódkę i zagrodzonego żelaznymi kratami. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy Rhyme nie umówił się z Haumannem, by ten osobiście zadbał, żeby nic się jej nie stało. Złość z poprzedniego wieczoru, gdy pościg za Trumniarzem się nie udał, wróciła ze zdwojoną siłą.
Sachs wskazała ruchem głowy zardzewiała kłódkę.
– Tędy chyba nie wyjdzie – zauważyła od niechcenia.
– Trzeba pilnować wszystkich wyjść – mruknął zamaskowany gliniarz, nie zauważając jej sarkazmu lub puszczając go mimo uszu, po czym wrócił do swoich kompanów.
Z brudnoszarego nieba padał chłodny deszcz, bębniąc w usypaną przed starym wyjściem ze stacji stertę śmieci.
Czy w środku rzeczywiście jest Trumniarz? Jeżeli tak, będzie strzelanina. Na pewno. Nie wyobrażała sobie, by mógł się poddać bez morderczej walki.
I była wściekła, że nie weźmie w niej udziału.
Cwany z ciebie fiut, kiedy masz karabin i chroni cię ćwierć mili, powiedziała do niego w duchu. Ale powiedz mi, gnojku, jak się czujesz otoczony, mając tylko broń krótką? Chciałbyś się teraz ze mną zmierzyć? W domu, na półce nad kominkiem, miała kilkanaście trofeów – pozłacanych figurek strzelców celujących z pistoletów.

- Nie – zaprotestował, a głos mu drgnął. – Nie, Triss.
- Proszę cię.
- Ona nie mówiła do mnie.
- Wiem. Mówiła do mnie. Powiedz, proszę.
- Już po przebudzeniu… Gdy ją podniosłem… Wyszeptała: “Zapomnij o nim. Nie torturuj go.”
- Nie będę – powiedziała cicho. – Ale zapomnieć nie mogę. Wybacz mi.
- To ja ciebie powinienem prosić o wybaczenie. I nie tylko ciebie.
- Aż tak ją kochasz – stwierdziła, nie zapytała.
- Aż tak – przyznał półgłosem po długiej chwili milczenia.
- Geralt.
- Słucham, Triss.
- Bądź przy mnie dziś w nocy.
- Triss…
- Tylko bądź.
- Dobrze.
*****
Wkrótce po Midinvaerne śnieg przesta! padać. Nastał mróz.
Triss była przy Ciri w dzień i w nocy. Czuwała. Roztaczała opiekę. Widzialną i niewidzialną.
Dziewczynka prawie co noc budziła się z krzykiem. Majaczyła, trzymając się za policzek, płakała z bólu. Czarodziejka uspokajała ją zaklęciami i eliksirami, usypiała, tuląc i kołysząc w ramionach. A potem sama długo nie mogła zasnąć, myśląc o tym, co Ciri mówiła przez sen i po przebudzeniu. I czuła rosnący strach. Va’esse deireadh aep eigean… Coś się kończy…
Tak było przez dziesięć dni i nocy. I wreszcie przeszło. Skończyło się, znikło bez śladu. Ciri uspokoiła się, spała spokojnie, bez majaczeń, bez snów.
Ale Triss czuwała nieustannie. Nie odstępowała dziewczynki na krok. Roztaczała opiekę. Widzialną i niewidzialną.
*****
- Szybciej, Ciri! Wykrok, atak, odskok! Półpiruet, cios, odskok! Równoważ, równoważ lewą ręką, bo spadniesz z grzebienia! I potłuczesz sobie… kobiece atrybuty!
- Co?
- Nic. Nie jesteś zmęczona? Jeśli chcesz, odpoczniemy.
- Nie, Lambert! Mogę jeszcze. Nie jestem taka słaba, nie myśl sobie. Może spróbuję skakać przez co drugi słupek?
- Ani mi się waż! Upadniesz, a wtedy Merigold urwie mi… głowę.
- Nie upadnę!
- Powiedziałem raz, powtarzał nie będę.

- Nieprawda. Widziałem…
- Nic nie widziałeś! Proszę cię, Fabio, ani słowa niko­mu. Nikomu. A zwłaszcza pani Yennefer. Ojej, dałaby mi ona, gdyby się dowiedziała…
Zamilkła.
- Ci tam – wskazała za siebie, w stronę rynku – mieli rację. To ja rozdrażniłam wiwernę… To przeze mnie…
- To nie przez ciebie – zaprzeczył z przekonaniem Fa­bio. – Klatka była zbutwiała i zbita byle jak. Mogła pęk­nąć w każdej chwili, za godzinę, jutro, pojutrze… Lepiej, że to teraz było, bo uratowałaś…
- Giermek uratował! – wrzasnęła Ciri. – Giermek! Wbij to sobie do głowy nareszcie! Mówię ci, jeżeli mnie zdradzisz, zmienię cię w… W coś okropnego! Ja znam cza­ry! Zaczaruję cię…
- Ejże – rozległo się zza ich pleców. – Dość tego dobrego!
Jedna z idących za nimi kobiet miała ciemne, gładko uczesane włosy, błyszczące oczy i wąskie wargi. Nosiła narzucony na ramiona krótki płaszcz z fioletowej kamchy, oprymowany futrem z popielic.
- Dlaczego nie jesteś w szkole, adeptko? – spytała zi­mnym, dźwięcznym głosem, mierząc Ciri przenikliwym spojrzeniem.
- Zaczekaj, Tissaia – powiedziała druga kobieta, młod­sza, jasnowłosa i wysoka, w zielonej, mocno wydekoltowa­nej sukni. – Ja jej nie znam. Ona chyba nie jest…
- Jest – przerwała ciemnowłosa. – Jestem pewna, że to jedna z twoich dziewcząt, Rita. Nie znasz przecież wszystkich. To jedna z tych, które wymknęły się z Loxii podczas bałaganu przy zmianie kwater. I zaraz nam to sama przyzna. No, adeptko, czekam.
- Co? – zmarszczyła się Ciri.
Kobieta zacisnęła wąskie wargi, poprawiła mankiety rękawiczek.
- Komu ukradłaś amulet kamuflujący? A może ktoś ci go dał?
- Co?
- Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości, adeptko. Twoje imię, klasa, imię preceptorki.